Ruiny (początek)

Autor: Dominik Stanisławski, Gatunek: Proza, Dodano: 07 kwietnia 2013, 23:25:39

Umysł tuła się po tych miejscach opuszczonych i zapomnianych. Błąka się a ciało pozostaje nieruchome jak ciała umarłych. Jak słowa niegdyś tnące ciszę. Niegdyś. Teraz już nic.

         Tak wiele pragnę. I tak mało mogę. W tym kącie sennym. Zmurszałym. I nic nie mija. Cisza i mrok. Mrok i cisza.

         Tutaj wróciłem. Dzisiaj są moje urodziny. Święto epifanii. Odsłonięcia.  Kacpra wyznania, Kacpra natchnienia, a gówno, żeby się tylko uspokoić, i zasnąć. Więc niech.

         Jestem na Zakręcie. Zakręt to ważne miejsce. Kto wie, czy nie kluczowe i centralne, albo chociaż jedno z kluczowych stanowiących rdzeń i sedno. Nie wszystkie zakręty są przecież ważne. A ten - bardzo. Zakręt jest właściwie rozwidleniem. Rozstajem dróg. Ale bez krzyża. Może nie powinienem nazywać Zakrętu rozstajem. Dlaczego nie postawiono tu krzyża? Przeciwko krzyżowi nie miałby nic ani pan Murawka mieszkający na prawo od Zakrętu, ani tym bardziej Stasie mieszkający między. Między drogami. Na rozstajach.

         Gdybym tego dnia, kiedy wróciłem, lub każdego innego, albo nocą - szedł sobie krokiem ochoczym i skocznym trasą główną asfaltową i na rozstajach czyli Zakręcie nie skręcił w prawo na wschód  ani w lewo, na zachód, w Alejkę prowadzącą do domu, więc gdybym tak na przykład pijany albo zamyślony, co mniej prawdopodobne, kroczył sobie żwawo, pogwizdując, i  - nigdzie nie skręcił na Zakręcie - wszedłbym prosto w podwórze Stasiów. Którzy  na pewno nic nie mieliby przeciw postawieniu na Zakręcie krzyża, pan Murawka też.

         Główna trasa,  asfaltowa - skręca w prawo, prowadzi  na wschód, na Bazę (nikt nie mówi - do Bazy), do Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej  "Nowe Życie", czyli kołchozu,  biegnie dalej,  aż nad rzekę, do Kozielca. 

         Alejka skręca w lewo.  Nasza Alejka skręca w lewo, zaczyna się tu - na Zakręcie, kończy hen, za cmentarzem, za jeziorem Cichana, prowadzi do szosy gdańskiej obok młyna Domachów.  Po Stasiach z Zakrętu, gdzie jest jej początek - dziadek Brąszkiewicz po prawej, Wacki po lewej, za płotem Wacków  nasz dom czyli szkoła po lewej za Wackami, Mintuch naprzeciwko nas po prawej, Zdzichu dalej za nami za płotem  po lewej, Babka jeszcze dalej po lewej, cmentarz poniemiecki za Babką po lewej i jezioro Cichana po prawej . I wylot Alejki na Gdańską. Wylot koło młyna Domachów po lewej bo po prawej cały czas jezioro Cichana, który za jeziorem. Mieszka.

         Tak. Tam właśnie kończy się świat. Przedstawiony. Jak każdy,  inny, znany komukolwiek gdzie bądź w każdym czasie. Wszystko ma swój kres.

         Jestem na zakręcie i skręcam w lewo. Alejka wysypana jest białym kamieniem, trzeba uważać. Nieostrożny krok boli.

Mieli położyć asfalt, ale Mintuch, na zebraniu, w szkole -

         - Po chuj nam asfalt, tylko białe będą się kręcić.

         Białych kamyków jest coraz mniej, wypłukuje je deszcz, chociaż pada tu bardzo rzadko, czasem miesiącami ani kropli.

         Trzeba uważać, zwłaszcza, że to przychodzi nagle i niespodziewanie. Ból. Bo do Zakrętu droga jest równa, i chciałoby się rzec - przyjemna. Zakręt przynosi w tym wypadku zmianę radykalną. I nie do przecenienia. Także inne zakręty, które jednak mnie nie obchodzą lub obchodzą mało, tyle co zeszłoroczny śnieg albo literacka nagroda Nobla z, dajmy na to - 1979 roku.

         Białych kamyków jest coraz mniej, wypłukuje je deszcz, chociaż pada tu bardzo rzadko, czasami miesiącami ani kropli, Stasiu z Zakrętu wskazuje kościstą dłonią na maszt telewizyjny, który nazywamy Wieżą. Z tysiącami czerwonych światełek.

         - to przez to ścierwo rozumisz, Kacper, nie puszcza chmur od zachodu, od wschodu trzyma Wisła i zdechniemy wszyscy rozumisz, przez to.

          Ubywa ich, teraz przeważnie dziury i wyrwy, ruiny jednym słowem, nie padało od świętego Dominika a dziś mamy Trzech Króli, nie pada od ponad dziewięciu miesięcy, panu Kozkowi ukazała się ciężarna Matka Boska. Na szczycie Wieży, nocą.

         - a jak pięknie jej było Kacper w tej czerwieni! W tych światłach, co ją oświetlały, żebym lepiej widział, bo to mnie się ukazała, specjalnie, bo jest mądra i wie, że ja wiem, czego inni nie wiedzą, moja urodziła mi dziewięcioro, teraz to prawdziwy rarytas, ja wiem, jak wyła moja mamucha przy każdym, pani Rupińska zza ściany może potwierdzić, zanim wypchnęła, żadne nie chciało na ten świat, dziewięć cierpień, ja to rozumiem, i ona mnie dała znać, że nie może, nie może Go urodzić, co za nieszczęście  i ból, i kropla deszczu tu nie spadnie póki nie będzie tej krwi, której trzeba, mnie od tamtego czasu ręce drżą, że szklanki utrzymać nie mogę, jak widzisz.

         Widzę.

         Solstitio brumali - sam martwy środek zimy, wtedy wróciłem.

Wzywam was, których znałem, i którzy mnie znali, i tych, których nie znałem a tylko widziałem, i tych, którzy nie poznali mnie a tylko widzieli jak również tych, którzy nie znali mnie ani nie widzieli, a tylko słyszeli mój głos, oraz tych, którzy nie znali mnie ani nie widzieli ani nie słyszeli mego głosu, ale wiedzieli o moim istnieniu, Kacpra byciu. Przybywajcie.

          Kamyków ubywa, zamieniają się w kurz którego tu pełno. Nawet pojedyńczy człowiek, nawet Plastuś syn Zdzicha który jest małym i lekkim Plastusiem wznieca tumany kurzu kiedy wraca Alejką do domu. 

         Stasiu z Zakrętu  jest Stasiem bardzo wysuszonym, to chyba nie od tej wiecznej spiekoty;  suchy był także jego ojciec Marceli, suchy jest syn Stasiów - Robert.  Stasiu głoskę "R" wymawia jako "J" -  stąd Robert znany i lubiany jest jako Jobejt,  i  jak to bywa w rodzinach zasiedziałych i silnych - Jobejt prezentuje się publiczności i przedstawia ogółowi jako Jobejt zmumifikowany. Skóra i kość.

         Gdzie nie ma już nikogo, ja jestem, gdzie nie pojawił się nikt, jestem ja, Kacpra natchniony śpiew, a gówno, to żeby spróbować się uspokoić, i zasnąć, więc niech. Zbawienne powtórzenia.

         Stasiu z Zakrętu  wskazuje na maszt radiowo-telewizyjny, wybudowany pół kilometra od Alejki na północ  w latach sześćdziesiątych, który nazywamy Wieżą.

         - Wieża rozumisz Kacper nie puszcza deszczu od zachodu  boże bożyczku -  fale radiowe nie dają -  od wschodu Wisła chmurom nie pozwala  rozumisz i pada wszędzie - w Kozielcu, we Włókach boże bożyczku, nawet w Dobrczu, a u nas ani kropelki od świętego Anzelma, a dziś mamy świętego Dominika i wszyscy przez to zdechniemy rozumisz boże bożyczku,  wszyscy.

         Snuję umarłe dawno sprawy.  Nie jak ktoś, kto pamięta, ale raczej  jak ktoś, co widzi to wszystko. Zimno mi. Sam środek zimy. Słońce w solstito brumali. Melchiora, Baltazara, Kacpra przeklętego. Co rok. Na drzwiach. Znak.

         Kamyków ubywa. Wypłukuje je deszcz, chociaż pada tu bardzo rzadko, czasami miesiącami ani kropli, Wieża sięga do nieba, nocą rozświetlana jest setkami czerwonych światełek.

         - już raz  rozumisz helikopter przypierdańczył, w telewizorze mówili że ranni, ale wiem, że rozumisz zdechli boże bożyczku przez to tatałajstwo co deszczu nie puszcza i  uschniemy jak nic Kacper,  Babka widziała, wiadoma sprawa.

         Wieża sięga do nieba, nocą rozświetlana jest setkami czerwonych światełek, które rzucają refleksy na Alejkę, trzy stare lipy, Wackowe kasztanowce, bzy pod moim oknem, śpiących i umarłych którzy spoczywają na niemieckim cmentarzu, gdzie Alejka dobiega kresu.  Nawet ładnie to się zgrywa, i naturalnie. Tylko przyklasnąć, tak się zabawiam i pocieszam, bo tu -  przeciągi w moim domu, okna bez szyb, to pewnie wnuki Wacka albo dzieciali Mintucha albo Plastka....Wytłukli. Kiedy odszedłem.

          Niedużo pozostało. Nocniki, szmaty i kurze. Przedmioty zapomniane. Wiatr pode drzwiami.  Bezradność. Odrętwienie, kulenie się, albo dla odmiany - bezruch. Sam w  swoich ramionach. 

         Umysł tuła się po tych miejscach.  Gdzie już nic. Nic mojego. Gdzie niegdyś - zanim wróciłem - moje było wszystko. Niegdyś. Teraz - mrok na schodach. Pustka w domu. Nie pomoże nikt? Żałosne zagadki  Kacpra. Nikomu.

         O-powieść. Trzy samotności. Tego, który mówi. Tego, który pisze. Tego, który słucha.

         I nic nie mija - dom jasny Wackowy, na którym wisi  czerwona tabliczka blaszana, tabliczka urzędowa, z białymi literami informującymi, że oto tu, w Alejce naszej, znajduje się "Państwowy Punkt Unasienniania Zwierząt". Wacek jest insyminatorem, czyli zapładniaczem, powiedzonko Romana Zapały znają tu wszyscy, jest całkiem trafione, są też inne tegoż autora,  wszystko w swoim czasie, nic na hura.

         - Wackowi zawsze stoi, ten sobie pociupcia.

         Kiedy dzwonisz do Wacków przeważnie odbiera Wackowa, zdaje się, że synom Wacków - Ryli i Bodikowi nie wolno odbierać telefonów urzędowych oraz innych, nawet od Ewki i Edika, którzy, starsi sporo od Ryli i Bodika, dawno się wyprowadzili, Wackowa nie narzeka, a zresztą po dźwięku dzwonka telefonu nie rozpoznasz czy to urzędowy czy prywatny.

         - poszli na swoje królu złoty, Edik to dobrze trafił rybeńko,  Ewka gorzej ale dzwonią często, takie życie sąsiedzie kochany.

         Kiedy dzwonisz do Wacków przeważnie odbiera Wackowa.

         - doktora nie ma wdomu, a co, trzeba do krówki, świnki? Goni się?  Przekażę jak tylko doktor wróci.

         Wacek z synami - Rylą i Bodikiem,  zaraz po zaduszkach obkładają dom obornikiem, który nazywamy gnojem. Kładą go pod same okna.

         - teraz może przypiździć.

Wacki potrafią się urządzić, na swój sposób, wiadomo, że gnój mimo upływu dni, tygodni, gdzie tam, lat - nie traci wiele ze swej świeżości - wysycha co prawda na zewnątrz, ale środek, rdzeń gnoju zachowuje swe walory - zapach i ciepło. Gnój to bardzo dobry  materiał. Odporny i trwały. Patent z gnojem w Alejce stosują tylko Wacki,  pozostali - Stasie, dziadek Brąszkiewicz, my, Zdzichu, Mintuch, Fred Murarz, Babka - obywają się bez gnoju. Wackowe obkładanie ścian nie podoba się Zdzichowi.

         - Wacki to chamy, Kacper, i świnie. Żeby na naszej Alejce taka chołota. Musimy się Kacper trzymać razem. Zapalisz?

         - poproszę

         - u mnie Kacper nie ma centralnego, wiesz, ale na górze, w pokoiku gdzie śpimy zamontowałem kozę, wracam z pracy, wrzucam dwie szufeleczki  węgla i mam jak w raju. Jak w raju, mówię ci  Kacper, żyjemy z małżonką i synami jak ludzie, nie jak te przybłędy Wacki albo pegierusy, zresztą to na jedno wychodzi, bo pegierusy to przeważnie przybłędy. Na naszej Alejce! Zapalisz?

         - poproszę

         Pewnego razu, latem, dzwoni telefon, odbiera Ojciec, - Wackowa:

         - sąsiedzie, samochód, popsuł się nam, w Kozielcu, z mężem byliśmy na wizycie,  u krówki, i popsuł się, i stoimy, dzwonię do domu, Ryla nie odbiera, pewnie w podwórzu jest Ryla i nie słyszy, trzeba by pójść, Ryli poszukać, powiedzieć, że my tu, w Kozielcu, niechby przyjechał, pomożesz sąsiedzie?

         Śpieszy Ojciec na podwórko Wackowe, bramę z dwoma kasztanami przekracza Ryli wypatrując, kundle Wackowe  - Tropik i Taran ujadają i kły szczerzą śliniąc się przy tym.

         Wackowe psy mieszkają w przewróconych beczkach po ropie i latem musi im być bardzo gorąco. Zwłaszcza, że beczek Tropika i Tarana nie chroni cień drzew, drzewa - kasztanowce - rosną tylko we wjeździe na Wackowe gumno, w samym gumnie drzew Wacki nie stosują; tolerowali je dopóty dopóki Wacek nie zdobył gdzieś piły spalinowej.  A zdobył ją w 1978 roku, dokładnie 17 października 1978 roku. Po konklawe. Prawdopodobnie zdobył ją od pana Kozka; pan Kozek po objawieniu przestał zajmować się wycinaniem drzew, od objawienia pan Kozek po dziś dzień zajmuje się ewangelizacją, proboszczowi Opickiemu działalność pana Kozka nie wydaje się właściwa.

         - przez takich jak ten chłopek, Kacper , to ja nie będę miał niedługo z czego żyć, kuchnia. To co, może jeszcze jednego? Ostatniego, kuchnia, wiesz, cukrzyca, ale z tobą, takim gościem, kuchnia... Owoce tej róży zebrane były w świętej Barbary, po pierwszym lepszym przymrozku, wtedy najlepiej, sam przecież kuchnia wiesz, parafianie gadają, że ty kuchnia rozpytujesz w sprawie książki jakiejś tutejszej, ja ci powiem Kacper, ty pisz, tylko Boga  kuchnia nie obrażaj i ludzi nie sądź , bo to w naszych stronach nie przystoi. To co, ostatniego? Dobrze wzmocnione, kuchnia, najlepszego.         

         Pierwszego wieczora, tego radosnego wieczora po konklawe po nabyciu piły  drzewa i drzewka Wackowe zostały przez Wacków zlikwidowane.  Po operacji wycinania, kiedy dobrze już, jak to się u nas mówi - wypitemu Ryli - zachciało się dowysikać - i toczył się w kierunku wychodka Wackowego drewnianego do tylnej ściany obórki Wackowej przyklejonego, więc kiedy tak toczył się, w trakcie wędrówki przez podwórzec ciemny i cichy (psy na swego nie szczekają nigdy, nie szczekają też psy Wackowe - Tropik i Taran), więc kiedy tak kroczył kraczato w celu dowysikania, się, poczuł.

         Muśnięcie listka na poliku. Co bardzo Rylę rozzłościło. Co bardzo go wyprowadziło z równowagi. Bo pewien był  Ryla jak i pewien był brat Ryli - Bodik, jak i ojciec ich - Wacek oraz matka ich - Wackowa, że wycięli wszystko (tej pewności nie mogli mieć Edik I Ewka, którzy poszli w świat). Bo wszystko wycięli. Nawet krzaczek porzeczek, czego świadkiem był Stasiu z Zakrętu.

          - świat przewraca się do góry nogami rozumisz Kacper, te gnoje wycięły wszystko co żyje i przez to deszczu będzie jeszcze mniej rozumisz bo tlenu będzie mniej i tym bardziej zdechniemy boże bożyczku, te znaki pana Kozka to będą jednak prawdziwe rozumisz.

         Wstrząsnęło Rylą, nie na tyle, żeby się zrelaksował w spodnie, co to, to nie, ale umysł Ryli po dotknięciu czy raczej - muśnięciu - stał się jaśniejszy. Całkiem jasny. Przeźroczysty. Epifanie zdarzają się nie tylko poetom i przychodzą całkiem niespodziewanie.

         Łańcuchów, na których Tropik i Taran są uwiązane także ubywa, są coraz krótsze, złączki pękają od mrozu, upałów, gwałtownych szarpnięć, czasem trzeba kawałek łańcucha zabrać Tropikowi albo Taranowi, połączyć coś z czymś, wiadoma sprawa.

         Po zaduszkach Wacki przykrywają beczki gnojem.

         - teraz może przypiździć.

         W czasie, kiedy ojciec mój podwórko Wackowe penetrował, Ryli szukając,  łańcuchów starczało na tyle, żeby psy mogły wyjść z beczki, sięgnąć michy z żarciem po czym wycofać się do beczki tyłem. Nawet zabawnie wygląda takie cofanie się psie. Ograniczenie przestrzeni często przynosi dobre rezultaty. Także inne ograniczenia.

         Czas mijał, ojciec mój  podwórko Wackowe okrążał Ryli wypatrując, Ryli nawołując, nic. A czas płynął, i tam, w Kozielcu, kilometrów trzy,  Wacki też Ryli pragnący, ratunku w Ryli czekający, poprzez ojca mego, po podwórku Ryli szukającego, ale nic, śladu Ryli.

         Zapukał ojciec mój do wychodka Wackowego za obórką Wackową umocowanego, przez otwór serduszkowy do środka zaglądał, tam Ryli spodziewając się, ale nic.

         Bez wiary w szczęśliwe wypełnienie swej misji w stronę drzwi domu Wackowego pośpieszył, bez nadziei, bo gdyby Ryla w domu był, to telefon Wackowej by usłyszał i już z ratunkiem śpieszył, do Kozielca, gdzie Wisła, która deszczu nie puszcza i wszyscy przez to zdechniemy, gdzie Wacek z Wackową.

         I zapukał ojciec mój, ale nic. Klamkę nacisnął, drzwi się otworzyły, więc jednak, płomyczek nadziei, że może Ryla w domu, śpi może i telefonu Wackowej nie słyszy, że może w domu Ryla telewizję ogląda i wezwań matczynych nie słyszy, że może piosenek słucha i nie słyszy.

         I wszedł ojciec mój Ryli pragnący, w długi ciemny korytarz wszedł. Cisza i mrok, mrok i cisza, i zapaszek szczególny wieczny domu Wackowego, zapaszek słodkawy i mdły, może to od gnoju na ściany zimą dla ogrzania Wacków kładzionego, raczej nie rozstrzygniemy tutaj tej ważnej kwestii, albo rozstrzygniemy ją nieprędko. Czy rację miał Fred Murarz?

         - uwierz mi Kacper, niektórzy ludzie to lubią jak im śmierdzi. Wiesz, byłem siedem lat w Detroit, tam byli tacy, co lubili. Ale co to za ludzie. Jakie nazwiska! My to mamy nazwiska, Kacper. Stanisławski, Sadłowski, Mirecki, Koszucki, Kiedrowicz - proszę, a tamci?  - Śliwki, Gruszki - co to za nazwiska? Mówiłem im - jak wasz dziadek chciał za ocean, musiał mieć paszport, dokument, a w dokumencie nazwisko. Szedł do Pana, czapkę miętosił, a Pan  nadawał, nadawał: ty będziesz Śliwka, ty Gruszka, ty Ćwikła, ty  Kmiotek. He he he, tak im mówiłem, a co, prawda, co, Kacper, dobrze mówiłem?

         Czas mijał, a tam, w korytarzu Wackowym ciemnym z zapaszkiem ojciec mój do Ryli tęskniący, ojciec z głową Rylą wypełnioną, ale nic, cisza i mrok, mrok i cisza, nic.

         Aż usłyszał coś z ciemności i zatrzymał się nasłuchując tego co w ciemności usłyszał lub zdawało mu się że usłyszał jeżeli cokolwiek mu się zdawało i stał długo z głową opuszczoną nisko jakby już nie jego aż wstrząsnął nim silny dreszcz po czym otworzył oczy i nasłuchiwał ale cisza zewnątrz zupełna więc przymknął je lub zdawało mu się że je przymknął jeżeli przedtem zdawało mu się że je otworzył jeżeli cokolwiek mu się zdawało więc stał tak niepewny i czekał czyhając na głos zewnątrz i własny tylko oddech słysząc.    

         Więc stał tak i czekał błagając rozstrzygnięcia ale nic, cisza i mrok, mrok i cisza, przestrzeń zamknięta i głucha w mrocznej porze zabłąkanych i słabnących śladów światła cichnących nieustannie i bez końca po czym zjawiających się na nowo i znowu odchodzących w swej wiecznej agonii jak wtedy gdy chodził usiłując ustalić tam coś po coś aż usłyszał.

         Coś z ciemności i nie słysząc na nowo już nic jakby nigy nie usłyszał tego co być może usłyszał więc wszystko już jak przedtem znowu to samo tylko nieruchomo, przestrzeń zamknięta i głucha i nikłe perspektywy rozstrzygnięcia, wszystko zatrzymane i niezmienne tylko czas nie do zatrzymania więc jednak kiedyś być może jakiś koniec i rozwiązanie i wtedy wiadome już kto skąd i po co oraz co tutaj i dokąd stąd kłębiące się pod czaszką, i wtedy nareszcie koniec tej komedii, tak, wtedy tak, póki co - nic.

Komentarze (4)

  • Opowiadanie mnie wchłonęło. I to jak jest napisane. Wszystko tam jest do bólu realne i prawdziwe, a jednocześnie jakby nie z tego świata.

  • Dzięki wielkie za uważną lekturę. To z mojego, trochę nie tego - świata. Pani to doskonale wyczuwa i rozumie.

  • Miałam kłopot ze stroną prawą i lewą, ponieważ siedzę przed komputerem w ten sposób , że zachód mam po prawej stronie. Musiałabym przestawić komputer, ale to za dużo roboty. Uporać się z czymś takim, to pewien wysiłek dla imaginacji.

  • Nie jest to łatwe. Ale co właściwie jest łatwe? Pozdrawiam!

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się