Bobiego pamięci radosny rapsod

Autor: Dominik Stanisławski, Gatunek: Proza, Dodano: 18 sierpnia 2014, 00:11:01

Bobiego pamięci rapsod radosny.

(Tako rzecze Bobi Peru: być Bobim nie będąc Bobim to łamać regulamin oraz kręgosłup takoż czas, a tu już jesień zaraz i pluchy i gorzki zapach palonych łęcin z pól rozniesie się po zagrodach i gumnach i lepiej nie igrać z tym wszystkim bo jak się igra to się zawsze człek doigra, i zakończy źle, jeżeli możliwe jest zakończenie dobre, raczej nie. Pomimo – Bobi zebrał te żałosne resztki niczego, i daje co ma, a ma niewiele, prawie nic. Zamyka tym samym tamto

co było i przenosi się na stałe do tego, co będzie.)

 

  1. Bobi, i co by tu jeszcze

Bobi:

I co by tu jeszcze, a może że

kartofle co je mróz przeleciał wykopane i pójdą do piachu do kopca, nakryje się i się będzie czekać czy zgniją czy nie ale pewnie zgniją więc na pytanie czy tak czy nie wychodzi tak. Odpowiedź.

 I co by tu jeszcze, a może że

dach dalej  przecieka i Kazik siedzi na dachu i wygląda majstra co się zwie Godot  co go znasz że solidny i na pewno przyjdzie, i że po kościele poszedł szmer bo znowu ta kurwa, wiesz która,  Pana Jezuska bierze w usta.  Kazik widział ją za stodołą w drugim kręgu Dantego jak śpiewała sprośną piosnkę wespół z tym Hieronimem co nazywa się jak pralka.

 I co by tu jeszcze, a może że

posprzątało się, pozamiatało, pozamyka się niedługo i jak słońce będzie w solstito brumali będziemy kończyć i zagramy w fin de partie, ale nikt pewnie nie wygra.

 I co by tu jeszcze, a może że

w pociągu jeden lichy student nerwowy (ale nie był to Rodion Romanycz bo ten mój był spasiony) z uczelni prowincjonalnej przysłuchiwał się (jako i ja się przysłuchiwałem) rozmowie studentów, Polaków -  Europejczyków z sukcesami i perspektywami i jak oni pięknie mówili! A to o sympozjach w Paryżu a to o stypendiach w Mediolanie a to że przewidują Nobla dla Krzycha G., bo już konkursy wygrywa ino młyny Akademii mlą mełłą mielą (tu popełniali błędy językowe, ale Europejczykom wolno bo i tak języka polskiego za 40 lat nie będzie) więc musowo musi poczekać, a

ten mój student szaraczek spocony tak się napinał, tak się wydymał żeby też w towarzystwie błysnąć elokwentnie, żeby zaznaczyć się i zaistnieć i piętno swe odcisnąć i tak oto rzekł (nawiązując dialog wg Filozofii Dialogu):

- a w akademiku chłopaki mieszkata?

- mieszkamy

- a z okna...szczata? bo my szczama. 

 

2. Frutti di Mare

Bobi  pisze poemat, który niebawem ogłosi, a tymczasem, tymczasem opowie Wam krótkie zdarzenie z podróży, jaką odbył 11 września 2013 r., do miasta Gdańsk, autem w tym celu nabytym, nieznanym, opowiedzianym zaledwie albo aż.

"nie poczujesz żeś jechał bo to w automacie, lewa nóżka odpoczywa, prawą ręką dłubiesz w nosie".

Bobi  podróżował sam, jak ten stary z Prostej Historii, ale nie jechał kosiarką tylko autem tym nieszczęsnym.

" skrzynia biegów piątka biegi jak w masełko  w kufer  wsadzisz trzy bydlaki i nie było bite". 

 Litania poprzedniego właściciela brzmiała Bobiemu swą niezwykłą melodią, i nuciłby ją nieprzerwanie do samego miasta Gdańsk ale poczuł głód i zamarzył o kartoflu na zimno ale kartofle mróz przeleciał i wszystkie zakopcował, i czeka, czy zgniją, odpowiedź jest znana.

"Ono płynie płynie zadowolony pan będziesz a i depnąć można".

 W Małdytach gmina Morąg Bobi zatrzymał auto

"silniczek gra jak pszczółka nie było walone nie było palone i pachnie fabryką". 

 Bobi był szczęśliwy, że obdarowano go tak pięknymi słowami, które mógł powtarzać; nucić i przetwarzać.

Zaparkował przed barem "Czarcia Podkowa" i napił się miętki z termosu, żeby sadełko zbytnio się nie zawiązało.

 "jak pan rozłożysz siedzenia to możesz pan w nim mieszkać";

wszedł do środka, żeby zjeść.

 W karcie dań Bobi zauważył coś, czego nigdy nie próbował, a próbował wiele, dobrego i złego,

"i jak pan nawet krwią pochlapiesz to to ładnie zejdzie".

Bobi zamówił: "Frutti di mare w śmietanie", i czekał wspominając dobre korsykańskie czasy,

"to dobre żelazo tylko lać i jechać";

przyniesiono talerz.

 I nakarmiono Bobiego.  Zapłacił trzydzieści srebrników. To był śledź w śmietanie.  Kiedy wychodził, siedzący na kamiennym progu zaczynali grę, w kości.

 

    3. Bobi odwiedził rodziców

    Bobi odwiedził rodziców, zajadał już szarlotkę, popijał z tatą miętkę wspominając niedawnego od mamy pieroga i w myśli uśmiechał się do romantycznego Michała, i skonfudował, bo to uśmiechanie w myślach to jakoś Bobiego odstręcza, w ogóle i szczególe, jakoś Bobiemu umniejsza i uwłacza mu.

    Wtedy telefon, domowy, i  zdziwienie, bo Bobi odzwyczaił się był od telefonów domowych. Ale zadzwonił, odebrał tata Bobiego, mówiąc: no słucham, mówiąc to głośno i rytmicznie.

     Tata Bobiego jest rocznik 41 ale ma młody głos, co Bobi stwierdza rozmawiając z nim czasem, przez telefon komórkowy dzwoniąc na domowy, tata zawsze jak odbierze to powie: no słucham, co też uczynił podczas Bobiego szamania szarlotki i uśmiechania się w myślach do skupionego Michała, i uwierania że to jakoś logicznie niestosowne.

     Telefon domowy słychać w całym salonie, to znaczy głos z telefonu domowego; co usłyszał Bobi?

     - no słucham (tata)

    - jest mama? (głos żeński)

    - moja mama nie żyje (tata)

    - boże...nie..wiedziałam...przepraszam (głos żeński)

     

    I prask, trask, piiiiiiiiiiiiii, cisza.

     

    I podjadamy dalej, popijamy miętkę, mama z kuchni -

    - kto dzwonił?

    Tata:

    - nie przedstawiła się.

    Mama:

    - czego chciała?

    Tata:

    - rozmawiać z moją mamą.

    Mama:

    - pewnie pomyliła cię z Bobim, masz taki młody głos.

    Co jej powiedziałeś?

    Tata:

    - prawdę, prawdę... no prawdę.

     

    4. Bobi śpiewa piosnkę tęskną

    Bobi po wieczornym udoju, który był niezbyt obfity, który był niezbyt udany, ale doić trzeba, bo jak mawiał mędrzec - doić trza bo jak się doi to się zawsze coś udoi - postanowił wziąć jakiś ogarek, zapalić go, rozświetlić ciemności co przykryły ziemię, i pójść sprawdzić kopiec, bo ciekaw był Bobi niezmiernie, czy kartofle co je mróz przeleciał, a które Bobi zakopcował, gniją, czy też - mają się dobrze i pozostają w stanie nienaruszonym, a nie drugiej świeżości, jak te frutti di mare śledzie drugiej, a może i trzeciej świeżości, którymi nakarmiono Bobiego podczas jego słynnej podróży do miasta Gdańsk, w miejscowości Małdyty gmina Morąg;

    tamtego dnia Bobi nie doił - zastępował go Godot, gotów jak zwykle, żwawy i ochoczy druh Bobiego jeszcze z dobrych czasów korsykańskich, kiedy to razem odbywali karę w tej strasznej twierdzy Bastia i snuli marzenia, jak to kiedyś po szczęśliwym do ojczyzny powrocie, będą mogli doić, o jutrzni i wieczorem przy świetle kaganka tudzież ogarka, gdy ciemności skryją już uroki gumna, albo jak zakopcują sobie kartofli i co jakiś czas, albo, gdy zaochotują, to nawet codziennie - któryś z nich, osobno, albo ramię w ramię, razem - sprawdzi, sprawdzą -  czy gniją czy nie, chociaż Bobi odpowiedź podejrzewał już od dnia, kiedy przeleciał je mróz, że tak.

     Teraz sam, bo Godot się spóźniał, szedł z ogarkiem sprawdzić kopiec, po wieczornym udoju. Wymarzone spełniało się, bydlątka już spały, z sieni pachniało miętką, i Bobi zanucił piosnkę tęskną, i popłynęła w pola,  szła za lasy,  hen w puszcze aż za Soplicowo, Panie, bo to były Łowy,  nocne Polowanie...

     żebyś niedźwiedziu wiedział że masz w dupie przedział

    to byś w mateczniku siedział

     

      5. Bobi żółtko, moja biedna mowo

      Bobi znowu odwiedził rodziców ale mimo próśb, mimo nalegań ze strony mamy, nie chwalił się ostatnimi sukcesami, ani tymi zrealizowanymi, ani tymi, które pozostawały w sferze, w przestrzeni zamiaru, w obszarze wielkich projektów Bobiego.

      Bobi postanowił bowiem ostrożnie szafować sukcesami, nawet przed rodzicami, których znowu odwiedził, postanowił nie szarżować, stopniować napięcia i nie zasypywać nadmiarem, więc po miętce i pierogu wtrącił tylko, że kartofle, co je mróz przeleciał, zgniły jednak mimo starannego zakopcowania, oraz rzucił od niechcenia, że doi się co dzień z rana i o zmroku, że udoje są znojne i ciche, i liche jak pierdnięcia zajączka, żadne tam strumienie mleka, raczej kogucie strumyczki  moczu i tak co dzień, o jutrzni i o ciemaku, doi się, bo jak się doi to się zawsze coś udoi,

      to jak z pisaniem, wyrwało się,

      z czym Bobiczku, z pisaniem mamo, i zamilkł, wyrwało się, zawstydzony.

      I co by tu jeszcze, a może że pozamiatało się, posprzątało, na końcu pozamyka, się,

      pozamyka, się, a czemu ty Bobi tak dziwnie mówisz synku, jak, mamo, dziwnie przecinkujesz Bobiku, przepraszam mamusiu, tak czasem przymusem stłamszony, mówię.

      I co by tu jeszcze, a może że tobie Bobi jeszcze żółtko od dupy nie odpadło, że masz lat czterdzieści i jeszcze dwa, i że żółtko ci Bobi nie odpadło, od dupy, Bobi, Boże, Bobi.

      I co by tu jeszcze, a może że Bobi:

      widzi mama, nie...słyszy mama, że mama też dziwnie jakoś inaczej odmiennie? Że mama aliteruje, że mama nie powie 42, tylko powie czterdzieści i jeszcze dwa, no co mama mi tu, i jeszcze te żółtko, no przecież zażywam kąpieli, jeździmy do wód, zimową porą to pasjami, pasjami, i niech wie mama mamo, że odpadło żółtko od dupy tak jak zgniły kartofle tak jak udoje moje są skromne, mamo!, żółtko, moja biedna mowo.

      I co by tu jeszcze, a może że

      koniec?

       

      6. Wuju mój Wuju

      Którzy znali Bobiego oraz którzy tylko widzieli jego mężną postać, słyszeli jego głos, którzy nie znali go ani nie słyszeli jak śpiewa piosnki tęskne, oraz  którzy go ani widzieli ani słyszeli a tylko przeczuwali  jego istnienie; przybywajcie bracia, Bobi opowie wam o wuju; historię, którą przezwał tytułem "Wuju mój wuju", mimo tego, że wuj nie był Bobiego wujem, ale wujem był, innych i dla innych, wujem.

      Wuj ów przysyłał do nich paczki, przysyłał je z Anglii, regularnie co kwartał, przynosił je listonosz, którego w naszych północnych stronach zwano listowym. Wszyscy wiedzieli, że wuj przysyła, a oni żrą te od wuja rarytasy, te czekolady i kiełbasy, że chlają kakako i prawdziwą kawę, że na słomiankach wieszają paki po marlboro a na meblościankach wysoki połysk połyskują puszki  po piwach i innych colach;

       wszyscy wiedzieliśmy, wszyscy możemy poświadczyć, chociaż, prawdę mówiąc, wielu z nas już umarło, nie żywiono nas tak dobrze jak tych od wuja, zostało niewielu a i ci wolą milczeć; Bobi jak zwykle nie.

      Owego dnia listowy przyniósł do nich paczkę inną, małą i lekką, od wuja,  wszyscy wiedzieliśmy, że inną;  listowy wziął ze sobą świadka, nieżyjącego już Samuela B, żeby oni nie oskarżyli go, że zeżarł zawartość, no czasem uszczknął coś, to prawda, ale kto jest bez winy niech pierwszy itd;  dziubnąć kapeczkę nie grzech wielki, ale tu nie było z czego, pod papierem pakowym była tylko puszka, niezbyt ciężka, zalakowana, nie do ugryzienia nawet przez listowego, a ten znał różne tryky jak mówił, i sposoby, i Bobi wierzył mu.

       A ci podobno zbaranieli, na co są świadkowie, postawili puszkę na stół i otoczyli gęstym kołem, mnogo ich było; żywili się lepiej od nas  i rozmnażali się żwawiej, chociaż nie rośli zbyt dobrze i nie osiągali wiele, nie ciągnęli też za długo, no i nie znali języków, no i dlatego przyszli do Bobiego, a właściwie do Bobiego mamy, bo Bobi był jeszcze małym Peru, jeszcze mu żółtko od dupy nie odpadło, i tak do dziś, jak mówią.

       Pokłonili się mamie Bobiego nisko, i jeden z nich rzekł był tonem uroczystym - nasza pani magister, pomóż pani, wuj przysłał puszkę a my pani nie wiemy jak ją zjeść czy pani wypić, my pani nie rozumiemy co tam napisane bo coś tam napisane a pani by wiedziała nasza pani magister,

       a mama na złość im, na przekór i okoniem - Bobi wam przetłumaczy panoczkowie mili, Bobi wam objaśni i wytłuszczy, Bobi wam zanalizuje i przeprowadzi was przez ten dyskurs pewną ręką, Bobi języki zna, Bobi mój Bobi.

       Pokłonili się nisko i zabrali Bobiego, Bobi angielskiego języka nie znał ale udawał że znał, a ci tam gęsto nad stołem i nad puszką, i to na Bobiego, to na puszkę, to na puszkę, to na Bobiego, a patelnia skwierczała, w kotle bulgotała woda, michy mieli czyste i przygotowane, i to na Bobiego, to na puszkę, dłużej się nie dało, więc Bobi:

      - można dodać do świeżonki, co uczynili, zjedli,

      - można wzmocnić tym smak bimbru i kawy, co wykonali, wypili,

      - można dolać do balii co wygładzi skórę, dolali, gładzili,

      - można wciągać jak tabaczkę, wciągali, kichali.

       Wrócił Bobi do mamy, a w ręku gniótł kartkę, pismo po angielsku zapisane, mama do Bobiego - poradziłeś sobie Bobi, Bobi do mamy - poradziłem mamo, zjedli i wypili, według wskazówek moich mamo, chociaż niezbyt im smakowało, niech mi mama objaśni teraz mamo, co to było, co tu napisane, co tu stoi mamo.

       I co by tu jeszcze, a może że

      Bobi już nigdy takiej mamy nie widział?

      Najpierw się śmiała, ale tak mysio jakoś, potem otworzyła usta na długo nieruchomo, potem poruszała nimi, ale nic się z nich nie wydobyło, potem długo patrzyła Bobiemu w oczy, potem go przytuliła, potem płakała, a wszystko to szybko, jedno po drugim,

      i co by tu jeszcze, a może że

      gdy Bobi zapytał - co to było mamo, odpowiedziała - w puszcze? -

      wuj,

      i dlatego Bobi pozwolił sobie nazwać tę historię "Wuju mój Wuju", bo mimo, że nie był to Bobiego wuj, tylko ich, to jednak Bobi wyznaczył jego, wuja, taki piękny

      koniec.

       

      7. Sutu

      Bobi zapragnął odpocząć -  od znojnych i skromnych udojów, które uprawiał niezmiennie, o świcie i wieczorami; były jak marne pierdnięcia zajączka, jak kogucie strumyczki moczu, czynił je jednako z myślą, że doić trzeba, bo jak się doi, to się zawsze coś udoi, zamarzył odpocząć od sprawdzania swojego kopca ziemniaków, z którego był dumny, ale tylko do czasu, kiedy  nabrał już tej ciemnej pewności skazańca tuż przed wystrzałem, że to koniec, że kartofle, które mróz przeleciał, gniją, niechybnie giną, niechętnie też wkładał swą dłoń, zawsze prawą, w ciepłe ciało swojego kopczyka;  masa gnijących kartofli pozostawiała na prawicy Bobiego ślad, cuchnące świadectwo rozkładu;  zapragnął odpocząć.

      Odwiedził rodziców, mama parzyła miętkę i przyrządzała pieroga, tata odbierał telefon domowy, z którego głos rozbrzmiewał po całym salonie, co zawsze Bobiego zachwycało, ale i  - onieśmielało. Tata Bobiego, jak zwykle,  rzekł:

      - no słucham, a żeński głos:

      - i co tam u was ciekawego, a tata:

      - a kto mówi, a głos:

      - no jo, a tam kto, a tata:

      - no jo, a tam kto, a głos:

      - no przecież mówię że jo, a niby kto, a co tam u was ciekawego, a tata:

      - a u was, a głos:

      - a gdzie wasi  bo nasi sutu a wasi, a tata:

      - cosutu  nasi wasi a głos:

      - asutu, i buziaki, i piiii, cisza, a mama, z kuchni:

      - kto dzwonił?, a tata:

      - nie przedstawiła się, a mama:

      - pomyliła cię znowu z Bobim? Masz taki młody głos, a tata:

      - nie, powiedziała tylko że ich sutu, pytała o naszych i co tam ciekawego, ale nic ciekawego, oprócz tego, że Bobi przyjechał zdruzgotany po tej słynnej aferze z plagiatem o Wuju zjedzonym, Wuju wypitym , Wuju za stodołą, w cichości gumna wydalonym; nie mówiłem jej o tym, bo nie wiedziałem z kim zacz, a mama:

      - Co właściwie chciała? Co powiedziała? Co to jest sutu, Bobi, Boże, wyręczaj ojca w odbieraniu telefonów, kiedy jesteś, a ja pichcę pieroga.  Sutu? Bobi, co to jest asutu, a ja:

      - mamo, ta pani, a przypuszczam, że ciocia, rzekła, że jej bliscy, a przypuszczam, że moi kuzyni, kuzynka i znakomity Wuj Kaziu - sutu, czyli są tam, i dowiedzieć się pragną, co u was ciekawego, słychać, bo u mnie, mamo, jak wiesz, nic, tyle, że już pozamykało się, posprzątało, że gnije i udoje marne, a mama:

      - i co ojciec na to, był chociaż grzecznym na tyle, żeby powiedzieć, że jego też sutu, czy znowu wypadł niegrzecznie, Bobi mój Bobi, jak nasz wizerunek  tym razem, bo po ostatnim, kiedy jedna pani pomyliła ojca z tobą, i zapytała – jak mama? – a ojciec twój powiedział jej, że mama nie żyje… to ja Bobi Bobiku wybacz, ale pomyślałam, że to ty ojca namówiłeś, żeby był taki… dosłowny, a zarazem taki…  literacki, bo ty Bobi bądź co bądź, robisz to – dziwnie przecinkujesz i aliterujesz, a ojciec, kiedy ciebie nie ma, a prawie nigdy ciebie nie ma, odbiera telefony tak:, cytuję Bobi:

      - no słucham, moja mama i tata nie żyją, ale słucham – , to Bobi odstrasza ludzi, odstręcza ich od nas, już nikt prawie nie dzwoni, a jak dzisiaj ktoś, to co? Co się stało, co zostało powiedziane, ty mi Bobi mów, przed pierogiem mi mów, a ja:

      - nic takiego mamo, najważniejsze było, że sutu, czyli razem i żyją, i pytanie, co u nas ciekawego, ale ono pozostało bez echa, tata nie powiedział nic.

            I co by tu jeszcze, a może że mama zapytała Bobiego, dlaczego jest taki zamyślony i smutny, a Bobi odpowiedział jej, że znów wracają do niego, nocami, te straszne korsykańskie czasy, że znowu widzi siebie w plutonie egzekucyjnym, który, nie jak na filmach i obrazkach, jest szeregiem pleców oddalonych od skazanego na wiele kroków, odpowiedział jej, mamie:

         - mamo, to są dwa metry, a czasem półtora, celujemy w pierś czując jego oddech, tak to mamo wygląda, celujemy w punkt i na komendę strzelamy, jama jest ogromna, wilgotna i ciepła, a inicjacja młodego czyli kota czyli pewnego razu Bobiego polega na tym, że musi on włożyć w tę parującą otchłań prawą dłoń, i ukazać, miastu i światu, efekt tej peregrynacji, mamo, a mama:

       - To po to usypałeś ten kopczyk Bobi? Żeby pamiętać czy żeby zapomnieć, a Bobi:

       - Tak. Żeby pamiętać  że sutu. Sutam ale sutu. Nie. Żeby zapomnieć że tusu, a mama nie powiedziała już nic.

       

      8. K+M+B      A+H+B

      Jego siostrę Bibuszkę gniewało zachowanie Bobiego;

      Jemu bardzo spodobała się ta fraza,  melodia, fuga -  wyśpiewywał sobie te sześć słów, sześć  znaków, nucił  piosnkę tęskną w długiej drodze do rodziców, szóstego stycznia, czyli w dniu, w którym się narodził, w święto epifanii, odsłonięcia. Solstito brumali. W martwym środku zimy, czterdzieści i trzy lata temu, tak by powiedziała Jego mama, ojciec by milczał, ewentualnie zapisałby cyfrę 43, na znak,  za Eliotem – chcemy widzieć znak - , chyba, żeby zadzwonił telefon, wtedy podniósłby słuchawkę i rzekł:  no słucham , moi rodzice nie żyją, a ja to nie Bobi, tak by powiedział, gdyby podniósł;  Bobi przyjedzie albo nie, może jedzie nucąc, mama szykuje pieroga.

      Jego siostrę Bibuszkę gniewało zachowanie Bobiego;

      Bo kiedy przybywał do Jej domu i domu ich rodziców,  zdawało mu się, że ten dom jest jeszcze,  i także, -  Jego domem,  ścierał z drzwi święte znaki  K+M+B, nucąc – przybył Bobi, król czwarty rozwarty, i spopielonym kartoflem, którego, jak mówił, wyciągnął z kopca pełnego gnijących ziemniaków, które mróz przeleciał – bazgrał w miejsce świętych znaków znaki swoje, jakby był u siebie, a już dawno nie był, od tamtych zdarzeń minęły lata, po nich nie powinien już wracać, ale wracał, drogi były w głębokim śniegu, podróż ciężka i znojna jak jego udoje wieczorne, a zwłaszcza poranne, kiedy wstawał zmęczony i szedł doić, z myślą, że robi to tylko po to, żeby ulżyć tym dwu biednym bydlątkom, że to, co żyje, może jedynie umrzeć, że doić jednak trzeba, bo jak się doi to się zawsze coś udoi.

      Jego siostrę Bibuszkę gniewało zachowanie Bobiego;

       Bo wracał a wracać nie powinien, bo spopielonym ziemniakiem w miejsce świętych K+M+B, bazgrał A+H+B,

      Jego siostrę Bibuszkę gniewało zachowanie Bobiego.

      Bo nie wiedziała co te znaki znaczą i dlaczego Bobi  je gryzmoli, jak święty znak, na drzwiach, kiedy przybywa w dniu swych urodzin.

       

      Jej brata Bobiego nie gniewało zachowanie Bibuszki;

       

      Powiedział – powiem ci jak było, co się wydarzyło –  

      Bobi w dniu szesnastych urodzin spóźnił się na ostatni pociąg.

      Z  kolegą Micą roznieciliśmy maleńkie ognisko obok torów, odgarnęliśmy śnieg i rozpaliliśmy

      Bibuszko maleńkie ognisko, Mica miał żyłkową siatkę, taką z żyłki, a w siatce ziemniaki, jego matka kazała mu kupić ziemniaki, kupił je, byliśmy głodni, była mroźna noc i piekliśmy je, i jedliśmy parząc sobie usta i palce, i piliśmy wino, z Micą, moim przyjacielem Micą, i mijały godziny, dosiadł się człowiek, też spóźniony, całkiem miły człowiek, Heniek, miał na imię Heniek, i było nas trzech, Mica, Heniek i Bobi, jedliśmy i piliśmy, i marzliśmy, chociaż palił się ogień, ten nasz płomyk  w styczniową noc, obok torów, brakowało nam jeszcze dwóch godzin do pierwszego odjazdu, kiedy przyszli mundurowi w mundurach  brzydkich i z wąsami wszyscy, sokiści w uniformach granatowych ciężkich i wszyscy wąchale, nam się to wydało bardzo śmieszne, że wszyscy mieli łby i wąsy oszronione i wyglądali jakby przyszli na pogrzeb, i dostaliśmy

       

      Bibuszko głupawki, i to było niemądre, bo oni się wkurwili strasznie i najpierw rozkopali nam te nasze ognisko, było maleńkie i liche, ale iskry, jak pamiętam, poszły wysoko, w tę styczniową noc, wkurwili się strasznie, bo skapowali, że my się z nich śmiejemy, z tych ich okropnych chałatów, i za dużych czapek, i  sztywnych wąsów, i kazali nam wstać, i wstaliśmy, i kazali się legitymować, i ja się okazałem swoją legitymacją IV LO, ale Mica, mój przyjaciel Mica, nie miał dokumentów, nie miał przy sobie żadnych papierów, zostawił dowód w baraku, na budowie, gdzie, jak tłumaczył sokistom – robił, ale ci się wkurwili jeszcze bardziej, a potem, myślę – ucieszyli, gdy okazało się, że ten Heniu co się dosiadł, którego dopiero parę godzin temu z Micą poznaliśmy – też jest bez  kwitów, zaśmiali się ale tak mysio jakoś albo króliczo, i mnie 

      Bibuszko strach obleciał, bo już wiedziałem, że mamy wpierdol, a ja już byłem wtedy po jednym zomowskim loncie i strach mnie obleciał, bo ci goryle mieli pały zmrożone i twarde i w tych uśmiechach szczurzych spod oszronionych wąchów chęć, chęć wielka na wpierdol  nam im wystawała, i z tym strachem już trochę oswojony, pomyślałem sobie, trudno, lanie nas nie minie, chuj, jakoś będzie, ale gdzie tam, musiało być gorzej, jak się te gnoje wąchacze zapytali tego nowego – Henia – o nazwisko, i jak ten im odpowiedział, to mi się

       

      Bibuszko słabo zrobiło, bo wiedziałem, co zaraz powie Mica, mój przyjaciel Mica, który nazywał się Adam Mickiewicz, podobno mamusia jego napierała na Adam, mniejsza z tym, bo jak te drągale w fioletowych mundurach spytali się tego Henia, który się dosiadł do naszego ogniska, a którego ani ja ani Mica nie znaliśmy; jak się go te wąchacze zapytali o dane, a ten Henio rzekł,

      Bibuszko – Henryk Sienkiewicz, to ja mało nie popuściłem ze strachu, bo już czułem, że to nie będzie zwykły wpierdol, że to będzie coś gorszego, złęgo, zwłaszcza, że ten Henio mówił prawdę… no jak się  się kurwa mógł trafić Henryk Sienkiewicz przy ognisku z Adamem Mickiewiczem, no jak, bez dokumentów, pijany, w styczniową noc, ale trafił się, i pierwszy

      Bibuszko dostał pałą –  upadł twarzą w popiół, i zaczął strasznie krzyczeć, poparzył oczy, usta, nos, krzyczał, a ci go tłukli, i odkopali, dosłownie, na bok, bliżej torów, ten Henio zanurzył głowę w śnieg i płakał, a sokiści wzięli się za Micę, a Mica co miał kurwa powiedzieć, że jest Kowalski?, mówił jak jest, że jest Adam Mickiewicz, bo był Adam Mickiewicz, mój przyjaciel Mica; wypluł zęby na ten jebany śnieg, wsiąkały powolutku , jak paciorki różańca, wstawał świt.

      Twojego brata Bibuszko nie gniewa Twoje zachowanie;

      zwłaszcza, że nie umiem Ci opowiedzieć tego, co zdarzyło się dalej, nikomu nie umiem tego opowiedzieć,  Mica, mój przyjaciel Mica umarł wtedy, w dniu moich urodzin,  pękła  mu czaszka uderzona o szyny, tego Henia widziałem jeszcze na rozprawach, miał oszpeconą twarz,  mogliby go pokazywać na odpustach i targach, takie myśli  błąkały mi się po głowie, i inne, przez te długie lata, kiedy mnie nie było a gazety zapominały o jednym z dzielnych sokistów,  zabitym na służbie w mroźną styczniową noc  6 stycznia 1987 roku, w święto epifanii, odsłonięcia,

      zamknięcia.

       

      9. CDN

        Komentarze (18)

        • Pomnę. Wujaszek wypity, wódka cała.

        • Panie Dominiku, ogłosił pan święto u przyrządził ucztę. Dziekuję. Świetnie się bawię. I podziwiam.

        • A sukces się należy, oj bardzo bardzo należy, jak mało komu należy.

        • Byłam, widziałam jak Autor zwyciężył.

        • Bawiłam się tak gdzieś w połowie, pod koniec już nie. Znam to ostatnie opowiadanie , wierzę mu.

        • Pozdrów Bobiego, proszę.

        • wszystkim Czytelnikom i Okiennym- dzięki za czas i trud podczas tego znojnego udoju.

        • Pani Wando, miłość, nadzieja i wiara. Tak. Sukces? Nie wierzę...

        • Saro, naprawdę?

        • Auroro, On Ciebie też, i nazywa Zorzynką;)

          • . .
          • 18 sierpnia 2014, 22:41:59

          I co tu można powiedzieć rozsądnego. Chyba tylko tyle, że wydaje mi się, iż części 1-7 można byłoby skrócić do połowy, bo trochę nużą, ale tylko trochę (mniej na przykład niż "Paragraf 22"), więc jak zostaną takie, jakie są też będzie dobrze i też wielkich rzeczy da się tam dopatrzeć.

        • bookmarkuję do przeczytania D

        • Pewnie masz rację Alx, pisane w różnym czasie bez zamysłu podania razem, ale jednak podano, więc niech, więc już niech, jak mawiał Marszalek.
          Jeżeli bardzo znużyło, zadaj sobie miętki;) dzięki za lekturę.;)

        • Marat, to znaczy?

        • Broń Boże nie skracać. To styl. Jedyny, niepowtarzalny.

          • . .
          • 19 sierpnia 2014, 09:09:39

          Tak, tak. Obserwuję u siebie, że do pewnego momentu czytam z zaciekawieniem, pomimo zmęczenia, i mnie to wciąga, chcę iść dalej, ale jest taki moment, że wolę szybko przeskoczyć kilka akapitów i iść już dalej. To obserwuję u siebie. Ale ja przecież nie muszę być tym czytelnikiem, dla którego się pisało, prawda? Tym bardziej, że mnie nudzi na ten przykład "Paragraf 22", co napisałem.

          Poza tym jednak - mimo tej krytyki - jestem pod ogromnym wrażeniem tego tekstu tak w częściach 1-7, jak i w części 8.

        • Pani Wando. Ważne. Bo stillus, styl, to człowiek.

        • Alx, jeszcze raz dzięki za lekturę, i słowo o. Nie ogarniam, po co powtarzasz ten tytuł, paragraf 22...owszem, przeczytałem to ze 20 lat temu, ale wracał nie będę. żaden to wzór.

        Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
        Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się