Bazyliańska

Autor: Dominik Stanisławski, Gatunek: Proza, Dodano: 05 stycznia 2013, 19:49:15

       W Zamościu, z głową pełną nadziei, na nie wiadomo co. Rynkiem. Dalej -

Bazyliańską. Z głową nisko, wzrokiem w cegłach, równo ułożonych, niegdyś, teraz to ruiny. Deszcz, śnieg, wsiąkają w szczeliny pomiędzy tymi cegłami, rozchylonymi w różne strony, wyszczerbionymi i poranionymi jak cała ta ziemia. Więc z oczyma wbitymi w te cegły.

         Bazyliańska jest pomarszczona i pokruszona, nadgryziona jak babuszka w kwiecistej chustce na głowie, jakiej w Polsce nie spotyka się nigdzie indziej, tylko daleko, na wschodzie. Nagle, objawia się nagle zza  którejś z nielicznych bram, i idzie wolno, pochylona,  złamana w  połowie, z tym, że złamana głową w dół, w ziemię, a raczej w te cegły poranione.

         Bazyliańska jest krótka i prosta, z kilkoma bramami, których tajemnic strzegą furty drewniane, niegdyś solidne, mocne i dziś, żadna nie otworzyłaby się od kopnięcia, ani od naporu ciała, nawet grubego ciała, to pewne. Ale jednak - są to bramy, nad którymi wisi bliska śmierć. Choroba, która toczy ich wnętrza nie zatrzyma się już, czerni ciała, które stają się coraz bardziej kruche, podatniejsze na wiercenie mojego w nich palca niż przed kilkoma laty, kiedy to próbowałem wwiercać się i wpychać w nie - nadaremnie. A sił mi na pewno nie przybyło, dłonie nie zyskały dodatkowych umiejętności wbijania się w stare drewno, nie stały się też szybsze i zwinniejsze, zesztywniały  raczej i osłabły.

         Bramy Bazyliańskiej są bardzo do siebie podobne, musiały nastać tu w tym samym czasie, w tym samym zostaną też pewnie unicestwione przez ten sam czas, który, owszem, na bramach tych pozostawił, miejscami, resztki dawnej świetności: gładko heblowane powierzchnie, równe odstępy między deskami, sprawne zasuwy i potężne zawiasy, na których skrzydła bram wiszą, nadal wiszą, nadal uchylają się pod naporem ciał i nadal zamykają chciałoby się powiedzieć - cicho - ale nie, uchylają się z jękiem i zamykają z niemiłosiernym wyciem i zgrzytami przerdzewiałego żelaza i zmurszałego drewna.

        Bazyliańskiej dźwięki, jak również  zapach zza bram w ten wilgotny dzień,  identyczny z wonią dochodzącą z pokoi wszystkich prababci świata, kiedy wchodzisz do nich, pięcioletni, popychany przez mamę, przywitać się z postacią mniej ruchomą, mówiącą mniej, dziwnie spokojną, która odchodzi; więc ten zapach:  zza bram ulicy Bazyliańskiej, zza innych drzwi, furt, korytarzy, nisz, którymi i z których nie można przejść dalej bo - dalej nie ma.

         Po czym cisza. Nic. I nic nie mija, drzwi, a raczej furty bram ulicy Bazyliańskiej zamykają się cicho, cicho uchylają, kiedy z tamtej strony objawia się babuszka z głową w dół, złamana, z zapachem, z krokami, ze strachem, że to - tuż. Furta bramy skąd wychodzi  pozostaje. Uchylona.

 

 

Komentarze (7)

    • . .
    • 05 stycznia 2013, 19:52:41

    Tekst mi się podoba, jest coś niespokojnego w narracji, ale to właśnie przypada mi do gustu. Trzynaście lat mieszkania w Zamościu nie nauczyło nazw ulic Starówki:( Ale Bazyliańską udało mi się zapamiętać gdy szukałam antykwariatu, których tam jest od groma

  • Zamość zapada w pamięć. Bardzo zapada, byłem tam kilkanaście razy w życiu. Czasem tęsknię za jego niezwykłym klimatem. Dzięki za przychylność od cenionej Autorki.

  • Nie twoja wina synku, że bóg uczynił cię genialnym.

  • Już Ci mówiłem, i powtórzę skoro też powtarzasz z uporem genialnego maniaka: korzystaj do woli.

  • Zobaczyłam i poczułam, ale chciałabym jeszcze dotknać. Niestety, Zamość za daleko

  • Bardzo daleko, ale warto.

  • No i dzięki za czytanie i miłe znaczki.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się